piątek, 7 sierpnia 2015

Nie miej pre­ten­sji że siedzę cicho. Nikt mor­der­stwa głośno nie planuje...

Czarna terenówka mknęła po szosie, turkocząc i ciągle wpadając do dziur, wytworzonych przez niegościnny klimat. Kierowca poprawił na nosie przeciwsłoneczne okulary, choć ich nie potrzebował. Słońce dawno zaszło, pozwalając zająć swoje miejsce księżycowi. Deszcz siąpił z nieba. Niby tylko mokra mgiełka, a przemaczał ubrania doszczętnie. Wóz zahamował, a ze środka wysiadło kilka osób. Jeden z nich otworzył bagażnik i wyjął stamtąd duży, płócienny worek. Kierowca zaciągnął ręczny i wysiadł. Od razu zapalił grube cygaro i wciągnął dym w płuca. Dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach ruszyło na pomoc swojemu kompanowi, podciągnęli wszyscy worek do góry. Z worka wydobył się jęk.
- Cholerny szczur -zaklął jeden z mężczyzn.
- Trzeba było ją zastrzelić, tam, w Mieście. Po co trudziliśmy się, aż na Pustkę? -warknął inny. Miał gładką twarz z jasnymi, wszędzie błądzącymi oczami. Drugi, wyższy i masywniejszy, odpowiedział:
- Wiesz, Don, ma swoje humory.
- Mógłby mieć swoje humory trochę bliżej cywilizacji.
- Przestań marudzić.
Położyli worek na ziemi. Pył przyczepił im się do butów i garniturów. Podszedł do nich kierowca. Reszta towarzyszy szybko pokornie opuściła głowy.
- Odkryjcie dół -rozkazał. Miał mocny, głęboki głos. Skończył palić tytoń, rzucił niedopałek na zniszczone podłoże i zmiażdżył go czarnym, wypolerowanym butem. Mężczyźni rzucili się wykonać zadanie. Jednym ruchem zerwali z ziemi materiał maskujący. Ich oczom ukazał się głęboki na 1,5 metra dół.
- A więc można już zaczynać -wymruczał mafioso.- Zdejmijcie z niej, wreszcie ten worek!
Po chwili klęczała przed nim młoda dziewczyna. Patrzyła na niego złowrogim, stalowym spojrzeniem. Była związana i zakneblowana.
- No, no, no. Nasz ptaszek chyba złamał skrzydło. Już dalej nie poleci -Ojciec chrzestny schylił się i podniósł palcem ją za brodę. Dziewczyna splunęła na niego. Jakoś udało jej się wyswobodzić z knebla. Don niewzruszony buntowniczą postawą kobiety, wytarł ślinę z policzka. Wstał.
- Katherine. Katherine. Katherine... Ptaszyno, w coś ty się wpakowała -Mężczyzna pokręcił głową z udawanym żalem.- Zadarłaś z mafią, a z mafią się nie zadziera. Może gdybyś była ładniejsza, zachowałbym cię. Lecz widzisz, z takim stanem rzeczy.
- Pocałuj się w dupę  -odparła.
- Oby twoje morderstwo było nieprzyjemne -powiedział jeden z jego goryli, chcący się podlizać szefowi. Don podchwycił tę myśl, jak poeta, który łapie wenę.
- Co mówiłeś? Że mor­der­stwo jest niep­rzy­jemną rzeczą? Szczerze mówiąc, nie ro­zumiem, dlacze­go. Każdy mu­si kiedyś um­rzeć. Bez różni­cy: na ra­ka czy na gruźlicę, w ja­kimś ok­ropnym sa­nato­rium, na wy­lew, który wykręca człowieko­wi twarz, czy też od strzału, dźgnięcia nożem al­bo udusze­nia. Ko­niec jest ta­ki sam. To znaczy, zaw­sze jest trup.
Rozchylił poły płaszcza i wyciągnął zza pasa staromodny rewolwer.
- Myślałaś, że masz wszystko pod kontrolą. A tak naprawdę wszystko było od początku ukartowane. A. I nie przejmuj się, że moje cacko jest takie stare. Zabijać potrafi równie boleśnie, jak nowoczesne pistolety. Życzę słodkich snów.
Wycelował jej w głowę i nacisnął spust.

1 komentarz:

  1. Opis śmierci jest kapitalny. Lubię powieści osadzone w klimatach mafijnych :)

    OdpowiedzUsuń