Dzwonienie w uszach stawało się coraz bardziej nieznośne. Ból rozsadzał mi czaszkę. Jęknęłam i przewróciłam się na drugi bok. Przewróciłam się na drugi bok?! Usiadłam gwałtownie, od razu zebrało mi się na mdłości. Obraz był rozmazany, widziałam jedynie kolorowe plamy.
- Obudziła się -usłyszałam. Był to głos starszego mężczyzny. Potarłam skronie w usilnej próbie przywrócenia ostrości. Powoli świat zaczynał mieć kąty. Znajdowałam się w jakimś pokoju. Miał on drewniane ściany, w niektórych miejscach podziurawione, brudne okno i kilka przyrządów codziennego użytku. Rachunki mi się nie zgadzały. Przecież powinnam nie żyć. Strzelili we mnie. Zabili i wrzucili do dołu. Dlaczego więc tu jestem? Gdy mogłam widzieć bez zwrócenia mojego ostatniego posiłku, podniosłam głowę i zobaczyłam parę, mężczyznę i kobietę w kwiecie wieku.
- Dzień dobry. Jak się czujesz? -zapytała kobieta. Zeskanowała mnie swoim niebieskookim spojrzeniem, jej usta napinały się w uśmiechu. Blond włosy z siwymi pasemkami opadały jej na ramiona. Siedzący obok niej mężczyzna musiał być jej mężem. Trzymał jej dłoń, oznaką zawartego ślubu były złote obrączki. Prawdopodobnie najcenniejsza rzecz, jaką tutaj mieli.
- Gdzie ja jestem? -wydukałam. Język miałam opuchnięty i ciężki, jakbym nie piła od bardzo dawna. Zsunęłam nogi na podłogę i próbowałam wstać. Właśnie, próbowałam. Moje wysiłki zwieńczył cudowny rezultat: obolały tyłek i pocałunek z podłogą.
- Ostrożnie. To że cię zszyłem, nie znaczy, że jesteś robotem pierwsza klasa -powiedział mężczyzna i pomógł mi wstać z podłoża. Ponownie klapnęłam na łóżko. Czułam się tak słabo, jak nigdy.
- Co się ze mną stało? -spytałam. Byłam, łagodnie mówiąc, zdezorientowana.
- Udało nam się wyciągnąć cię z dołu. Masz mocną głowę, dziewczyno. I wolę przetrwania. Jak masz na imię? -Mężczyzna usiadł na krześle obok mojego łóżka.- Ja jestem Jack Micheal. Nazywają mnie tu Doktorem. Ta śliczna pani obok mnie jest moją żoną. Ma na imię Katrina.
- Nazywam się Kate -odpowiedziałam niepewnie.
- Masz jakieś nazwisko?
- Nie pamiętam. Nic nie pamiętam, oprócz imienia -skłamałam. To miał być taki mój kredyt hipoteczny. Ewentualne zabezpieczenie, jeśli państwo Michealowie nie byli tym, za kogo się podawali.
- Biedaczka -zasmuciła się Katrina. Chyba szczerze.
- Jeśli pozwolisz, musimy cię przebadać. Sprawdzić, czy twoje funkcje życiowe sprawują się, tak jak powinny -oznajmił mi Doktor.- Spróbuj przejść się kilka razy po pokoju.
Tym razem poszło mi lepiej. Wyglądało to nadal, jak chód paralityka, ale przynajmniej chód.
- Dobrze. A teraz podnieś to kilka razy.
Nie widziałam zbytniego sensu w tych zadaniach. Ale posłusznie je wykonywałam.
- Jesteś niebywale sprawna, jak po takim ataku. Zdumiewające -Zabrzmiało to, jakbym była rośliną w szklarni, a on nie mógł się nadziwić, że wytrzymuję tyle bez wody. Brr... Od razu w głowie pojawił mi się obraz maniakalnego sadysty, który grzebał mi w głowie, gdy byłam nieprzytomna.- To pewnie zasługa moich umiejętności.
Wypiął pierś do przodu z miną zdobywcy. Cofam wcześniejsze wyobrażenie, to po prostu zwykły narcyz. Katrina popatrzyła na niego z przyganą, ale on zignorował jej spojrzenie.
- Zresztą.. Sama oceń.
Podali mi małe lusterko. Z niechęcią spojrzałam na swoje odbicie. Patrzenie się w lustro nigdy nie sprawiało mi przyjemności. A szczególnie teraz, gdy miałam świadomość, że mam rozwaloną twarz. Jednak przeżyłam miłe zaskoczenie. Żadnego skrętu twarzy, brak odłamków łuski pod skórą, nic co wywołałoby okrzyk przerażenia przypadkowego przechodnia. Zobaczyłam siebie, taką jaką zapamiętałam. No, prawie. Z powodu wcześniej wymienionej niechęci ostatnio spoglądałam w lustro... 3 miesiące temu? 4? Coś około tego. Miałam włosy trochę za ramionami, falowane, lekko kręcone na końcach. Kolor trochę mi ściemniał. Zamiast ryżych kosmyków na głowie gościłam krwistobrunatne włosy, które nie wyglądały na naturalne, choć takie były. Oczy barwy lasu latem spoglądały w przyrząd z zawziętością. O mojej oczywistej buńczuczności mówiła też mocno zarysowana szczęka i zaciśnięte usta. Ta poza była przeze mnie tak często używana, że aż stała się naturalna. Spróbowałam złagodzić to wrażenie, ale efekt był marny. Dałam radę rozluźnić wargi, by nie były tak ściśnięte. Twarz w kształcie serca gościła się na niezbyt szczupłej szyi. Nie była gruba, po prostu szersza, niż powinna być. Taka... męska. I jeszcze najważniejszy szczegół mojej twarzy. Wielki kwadratowy plaster na czole, świecący, jak baner w Las Vegas. Dotknęłam go opuszkami palców. Materiał był szorstki, ale dobrze sprawdzał się w swojej robocie. Rana po kuli nie krwawiła, jedynie pulsowała tępym, nie dającym o sobie zapomnieć bólu. Oddałam lustro Doktorkowi.
- I jak? -zapytał, jakby czekając na pochwałę.
- Cóż, mogłam wyglądać gorzej, ale szału nie ma.
Przez chwilę miał minę, jak dziecko, które ma ochotę na lizaka, a dostaje selera. Zawiedziona, inaczej mówiąc.Jednak po chwili znów się rozpromienił.
- Podejdź do tego urządzenia w kącie. To RSUC. Radar Sprawdzający Umiejętności Człowieka -powiedział i wskazał mi dłonią to całe RSUC. Jego mina wyrażała wszystko: Będę mógł się pobawić nową zabawką! Yaaj!
Wstałam i podeszłam do urządzenia. Było to wielkie pudło z masą guziczków i gałek. Dla mnie: czarna magia. Umiałam naprawić samochód, rozkręcić i poskładać zegarek, zmienić głośnik magnetofonu, by mówił głosem Lorda Vadera, ale TO było dla mnie za dużo. Wolałam proste, nieskomplikowane rzeczy. Po co naciskać milion przycisków, jak wystarczą dwa? Włącz, wyłącz? RSUC musiała wykreować kobieta. Specjalnie wszystko utrudniła, żeby taki laik, jak ja nie mógł tego rozszyfrować. Dołączyła do mnie Katrina i zaczęła wpisywać jakieś komendy. No i wszystko jasne. RSUC zapikał i odsłonił wolne miejsce z wytartym przez lata zarysem dłoni.
- Połóż tu rękę. RSUC sam cię oceni -wytłumaczyła Katrina.- Oceni twoją siłę, percepcję, wytrzymałość, charyzmę, inteligencję, zwinność i szczęście.
Minę miała, jakby dzisiaj była Gwiazdka. Ja wątpiłam w skuteczność tej maszyny, ale nie miałam serca niszczyć jej wyobrażeń. Posłusznie położyłam rękę na ustalonym miejscu. RSUC zaświecił się na kilka oślepiających kolorów, bawiąc się w kulę disco, a potem wypluł z siebie kilka przewodów, które otoczyły moją rękę. Już miałam krzyknąć: Nie! Nie jedź jej! Jest niesmaczna! , ale się powstrzymałam. Urządzenie nakłuło mnie w środkowy palec i pobrało próbkę mojej krwi. Potem wycofało swoje macki i wydrukowało pojedynczą kartkę z wynikami. Przez nikogo nie złapana, upadła na podłogę. Schyliłam się po nią. Nie wiem, czy miałam się cieszyć z wyniku.
Test RSUCu
Imię: Katherine
Nazwisko: Nieznane
Siła: 6
Percepcja: 7
Wytrzymałość: 10
Charyzma: 3
Inteligencja: niestwierdzono
Zwinność: 8
Szczęście: 10
Data 4 maja 2719 Limestone
2 tygodnie?! Byłam nieprzytomna 2 tygodnie?! O takich rzeczach mówi się od razu Michealowie! Wstałam na drżących nogach.
- 2 tygodnie? 2 tygodnie, do cholery?! -wydarłam się. Chyba maszyna miała rację. Nie byłam zbyt charyzmatyczna.
- Uspokój się. Musiałaś zregenerować siły -Jack nic nie robił sobie z moich wrzasków. Wziął ode mnie kartkę i zaczął ją studiować.- Hmm, zgłodniałem. Myślisz, że Carrie już przygotowała kolację?
Kolację? Fakt, słońce już spadało w stronę horyzontu.
- Mam nadzieję, że tak -odpowiedziała mu Katrina. Ruszyli do wyjścia. Ja jednak stałam w miejscu.
- Idziesz, czy nie?
- W tym? -parsknęłam i pokazałam na swoje ubranie.- W spodenkach z Garfielda i bluzce w kucykach?
- No, masz rację. Tak nie mogłabyś się pojawić w Gospodzie -zamyśliła się Katrina. Wymieniła z mężem spojrzenie. Ooo.
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
piątek, 7 sierpnia 2015
Nie miej pretensji że siedzę cicho. Nikt morderstwa głośno nie planuje...
Czarna terenówka mknęła po szosie, turkocząc i ciągle wpadając do dziur, wytworzonych przez niegościnny klimat. Kierowca poprawił na nosie przeciwsłoneczne okulary, choć ich nie potrzebował. Słońce dawno zaszło, pozwalając zająć swoje miejsce księżycowi. Deszcz siąpił z nieba. Niby tylko mokra mgiełka, a przemaczał ubrania doszczętnie. Wóz zahamował, a ze środka wysiadło kilka osób. Jeden z nich otworzył bagażnik i wyjął stamtąd duży, płócienny worek. Kierowca zaciągnął ręczny i wysiadł. Od razu zapalił grube cygaro i wciągnął dym w płuca. Dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach ruszyło na pomoc swojemu kompanowi, podciągnęli wszyscy worek do góry. Z worka wydobył się jęk.
- Cholerny szczur -zaklął jeden z mężczyzn.
- Trzeba było ją zastrzelić, tam, w Mieście. Po co trudziliśmy się, aż na Pustkę? -warknął inny. Miał gładką twarz z jasnymi, wszędzie błądzącymi oczami. Drugi, wyższy i masywniejszy, odpowiedział:
- Wiesz, Don, ma swoje humory.
- Mógłby mieć swoje humory trochę bliżej cywilizacji.
- Przestań marudzić.
Położyli worek na ziemi. Pył przyczepił im się do butów i garniturów. Podszedł do nich kierowca. Reszta towarzyszy szybko pokornie opuściła głowy.
- Odkryjcie dół -rozkazał. Miał mocny, głęboki głos. Skończył palić tytoń, rzucił niedopałek na zniszczone podłoże i zmiażdżył go czarnym, wypolerowanym butem. Mężczyźni rzucili się wykonać zadanie. Jednym ruchem zerwali z ziemi materiał maskujący. Ich oczom ukazał się głęboki na 1,5 metra dół.
- A więc można już zaczynać -wymruczał mafioso.- Zdejmijcie z niej, wreszcie ten worek!
Po chwili klęczała przed nim młoda dziewczyna. Patrzyła na niego złowrogim, stalowym spojrzeniem. Była związana i zakneblowana.
- No, no, no. Nasz ptaszek chyba złamał skrzydło. Już dalej nie poleci -Ojciec chrzestny schylił się i podniósł palcem ją za brodę. Dziewczyna splunęła na niego. Jakoś udało jej się wyswobodzić z knebla. Don niewzruszony buntowniczą postawą kobiety, wytarł ślinę z policzka. Wstał.
- Katherine. Katherine. Katherine... Ptaszyno, w coś ty się wpakowała -Mężczyzna pokręcił głową z udawanym żalem.- Zadarłaś z mafią, a z mafią się nie zadziera. Może gdybyś była ładniejsza, zachowałbym cię. Lecz widzisz, z takim stanem rzeczy.
- Pocałuj się w dupę -odparła.
- Oby twoje morderstwo było nieprzyjemne -powiedział jeden z jego goryli, chcący się podlizać szefowi. Don podchwycił tę myśl, jak poeta, który łapie wenę.
- Co mówiłeś? Że morderstwo jest nieprzyjemną rzeczą? Szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego. Każdy musi kiedyś umrzeć. Bez różnicy: na raka czy na gruźlicę, w jakimś okropnym sanatorium, na wylew, który wykręca człowiekowi twarz, czy też od strzału, dźgnięcia nożem albo uduszenia. Koniec jest taki sam. To znaczy, zawsze jest trup.
Rozchylił poły płaszcza i wyciągnął zza pasa staromodny rewolwer.
- Myślałaś, że masz wszystko pod kontrolą. A tak naprawdę wszystko było od początku ukartowane. A. I nie przejmuj się, że moje cacko jest takie stare. Zabijać potrafi równie boleśnie, jak nowoczesne pistolety. Życzę słodkich snów.
Wycelował jej w głowę i nacisnął spust.
- Cholerny szczur -zaklął jeden z mężczyzn.
- Trzeba było ją zastrzelić, tam, w Mieście. Po co trudziliśmy się, aż na Pustkę? -warknął inny. Miał gładką twarz z jasnymi, wszędzie błądzącymi oczami. Drugi, wyższy i masywniejszy, odpowiedział:
- Wiesz, Don, ma swoje humory.
- Mógłby mieć swoje humory trochę bliżej cywilizacji.
- Przestań marudzić.
Położyli worek na ziemi. Pył przyczepił im się do butów i garniturów. Podszedł do nich kierowca. Reszta towarzyszy szybko pokornie opuściła głowy.
- Odkryjcie dół -rozkazał. Miał mocny, głęboki głos. Skończył palić tytoń, rzucił niedopałek na zniszczone podłoże i zmiażdżył go czarnym, wypolerowanym butem. Mężczyźni rzucili się wykonać zadanie. Jednym ruchem zerwali z ziemi materiał maskujący. Ich oczom ukazał się głęboki na 1,5 metra dół.
- A więc można już zaczynać -wymruczał mafioso.- Zdejmijcie z niej, wreszcie ten worek!
Po chwili klęczała przed nim młoda dziewczyna. Patrzyła na niego złowrogim, stalowym spojrzeniem. Była związana i zakneblowana.
- No, no, no. Nasz ptaszek chyba złamał skrzydło. Już dalej nie poleci -Ojciec chrzestny schylił się i podniósł palcem ją za brodę. Dziewczyna splunęła na niego. Jakoś udało jej się wyswobodzić z knebla. Don niewzruszony buntowniczą postawą kobiety, wytarł ślinę z policzka. Wstał.
- Katherine. Katherine. Katherine... Ptaszyno, w coś ty się wpakowała -Mężczyzna pokręcił głową z udawanym żalem.- Zadarłaś z mafią, a z mafią się nie zadziera. Może gdybyś była ładniejsza, zachowałbym cię. Lecz widzisz, z takim stanem rzeczy.
- Pocałuj się w dupę -odparła.
- Oby twoje morderstwo było nieprzyjemne -powiedział jeden z jego goryli, chcący się podlizać szefowi. Don podchwycił tę myśl, jak poeta, który łapie wenę.
- Co mówiłeś? Że morderstwo jest nieprzyjemną rzeczą? Szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego. Każdy musi kiedyś umrzeć. Bez różnicy: na raka czy na gruźlicę, w jakimś okropnym sanatorium, na wylew, który wykręca człowiekowi twarz, czy też od strzału, dźgnięcia nożem albo uduszenia. Koniec jest taki sam. To znaczy, zawsze jest trup.
Rozchylił poły płaszcza i wyciągnął zza pasa staromodny rewolwer.
- Myślałaś, że masz wszystko pod kontrolą. A tak naprawdę wszystko było od początku ukartowane. A. I nie przejmuj się, że moje cacko jest takie stare. Zabijać potrafi równie boleśnie, jak nowoczesne pistolety. Życzę słodkich snów.
Wycelował jej w głowę i nacisnął spust.
Szablon
Szablon został wykonany przez stronę: Zaczarowane Szablony przez szabloniarkę Jill.
Dziękuję!
Dziękuję!
Subskrybuj:
Posty (Atom)